Kontrasty, srebro i warstwy. Plus nieco* o rozsądnych zakupach

  • 3 lata temu
  • 0


  • *ale naprawdę co nieco.
    *ale naprawdę co nieco.

    Ale po co?

    Kupować, kupować, kupować. Z szaleństwem w oku, z pianą na ustach, a już zwłaszcza na wyprzedażach. Jak najwięcej, bo takie ładne, tanie, bo okazja i grzech nie skorzystać. Bo na pewno się przyda, bo śliczne i mama/babcia/koleżanka/facet oszaleje z zachwytu. Mieliście kiedyś tak?

    Impulsywne zakupy są najgorsze. Bo emocjonalne i zwykle nieprzemyślane. A już zwłaszcza takie bez refleksji w stylu „ej, ale czy to naprawdę do mnie pasuje? I do tego co już mam? I czy mój portfel kocha moje nieumiarkowanie w odzieżowej konsumpcji?”.

    Daleko mi do powtarzania tez rodem z poradników gospodarowania finansami. Nie będę truć o niezbędnych bazowych składnikach szafy, które ułatwiają życie, niwelując – przynajmniej w teorii – problem „nie-mam-co-na-siebie-włożyć”. Nie zająknę się o skądinąd słusznej idei slow fashion. Bo to wszystko pewnie dobrze znacie. Powiem jedno: fajnie to wszystko przerobić, powściągnąć konsumenckie żądze, aby dojść do momentu, w którym wiadomo, czego naprawdę się potrzebuje, a co można odpuścić. No i co wziąć, żeby nie zrujnować sylwetki ani karty kredytowej.

    #popierwsze

    Nie żebym kiedykolwiek była orędowniczką rozpasanej konsumpcji, ale dziś jeszcze bardziej niż kiedykolwiek szanuję swoją szafę. Nadal lubię poeksperymentować, ale przede wszystkim żongluję tym, co już mam, stopniowo dodaję kolejne pasujące elementy, składając w nowe zestawy, by często potem nosić niemal do upadłego (co zresztą jest dla mnie miarą udanych zakupów). To serio uczy kreatywności lepiej niż nieprzemyślane dokupowanie kolejnych fatałaszków, zwłaszcza gdy sponsoruje je najbardziej, wybaczcie, kretyński argument: muszę to mieć, bo to przecież takie m o d n e.

    Zasadą numer jeden, która determinuje rozsądne zakupy i umiejętną organizację garderoby, jest według mnie postawienie na wybrany kolor, stylistyczną oś całej szafy. Jak rozszerzyć paletę? Można wspomóc się kołem kolorów, uzupełniając dominujący o barwy analogiczne (jeśli ma być harmonijnie, ale niezbyt szokująco) albo komplementarne (jeśli lubi się kontrasty). Zasadą numer dwa jest z kolei myślenie o szafie jako o całości, a najlepiej puzzlach, dzięki czemu potem sukcesywne dokupuje się tylko pasujące elementy układanki.

    Ja najczęściej stawiam na czerń, która naturalną koleją rzeczy świetnie łączy się z bielą. Stąd już tylko krok, by zżenić je z metaliczną szarością, czyli srebrem, co też ochoczo czynię. Efekty na zdjęciach.

    W tym zestawie hitem jest kurtka (noszę ją od nie wiem jak dawna do wszystkiego), a względnie modne są plisowana spódnica oraz torebka mieszek. Na szczęście ich popularność powoli wybrzmiewa, przez co zasilają już raczej trybuny klasyki niż – fuj, to słowo – musthave’ów. I bardzo mnie to cieszy, bo bez kompleksów będę je nosiła – choć niewykluczone, że w innych konfiguracjach – przez kolejne sezony.

    Fot. Maciej Burzykowski, graf. Ewa Kamionowska

    komentarze

    Dodaj komentarz

    Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.